niedziela, 2 kwietnia 2017

Klin

Wbijam sie klinem w wiosne.
Kradne slonce, kolory, zapach wiszacy w powietrzu.
Pomiedzy siatami, dziecmi, a praca wysiadam nie na tym przystanku co zwykle i ide.
Przed siebie, przez zielen i slonce, wiejskie zapachy z obory i stajni.
Usmiecham sie, wyprasowala mi sie zmarszczka na czole.
Krok zrobil lzejszy, wlos bardziej lsniacy.
Pochylam sie nad fiolkiem, cmokam na konia, zaczajam na dzieciola.
Ide sama na plac zabaw, jest przedpoludnie, jestem sama, siadam na lawce, rozciagam kosci i grzeje sie.
Jak jaszczurka na kamieniu, jak waz na pustyni, twarz ku sloncu, mysli ku niebu, marzenia wlaczone, stresy schowane.
Chwila dla mnie, jak klin w zmartwienia, szare dni, bieganine, wrzaski dzieciece.
Skrawek czasu, dwadziescia minut, zamiast kapieli w mleku, maski blotnej i spa.
Jest dobrze, jest lepiej i najlepiej.






sobota, 25 marca 2017

Niemus

Nauczylam sie nie miec przymusu chcenia tego co wszyscy.
Nie mam tak, ze zobacze jakis ciuch, mebel czy kolor scian i musze, bo modne, bo maja kolezanki, bo jak to tak. nie miec?!
Nie chce brwi markerem od szablonu i niektorych ciuchow, bo mi sie nie podobaja, albo wygladalabym w nich idiotycznie.
Nie musze miec takich samych pogladow, jak ktostam, bo wypada lub nie wypada.
Nie chce uczyc Berberzakow, ze trzeba byc niewolnikiem rzeczy materialnych. Nie posiadaja czego dusza zapragnie. Tlumacze im, ze na ich potrzeby, a czasem zachcianki musimy ciezko pracowac.
Probuje wyjasnic, ze fajniej jest pojechac na urlop i zbierac wspomnienia, robic zdjecia i poznawac ludzi, niz miec drogie buty, ciuch czy telefony.
Zdaje sobie sprawe z tego, ze przyjdzie czas buntowania sie i chcenia takich to, a takich dzinsow czy plecakow, modnych fryzur czy makijazy, ale probuje zaklac i odwlec ten moment jak najdluzej.
Niezmiernie cieszy mnie wiec, gdz z kartonu po szafie powstaje baza. Taka piekna z drzwiami i oknem, poduchami, kocami i lampkami.
Z bazy slychac smiech i mlaskanie podczas spozywania platkow z mlekiem.
Zapewnia tez ona rozejm miedzy wiecznie tlukacymi sie Berberzakami.
Cieszy mnie ochocze pieczenie ciasta, nawet jesli Berberowna w pierwszym podejsciu zapomina o dodaniu jajek i podczas robienia lukru z dwoch lyzeczek wody, robi jej sie wody pol miski.
Meczace wydzwanianie domofonem z dworu, bo mamo daj wode, jedzenie, pilke, upewnia w tym, ze maja czas byc dziecmi i jeszcze nie musza, a moga.
Moga pachniec wiatrem, gdy przychodza do domu i moczyc sie w wannie z zabawkami i jesc kanapki, przeplatane ciastkami, bo jest weekend i dziecinstwo.






czwartek, 16 marca 2017

Trudno je spisac

Nie pisze, co nie znaczy ze nie mam nic do powiedzenia.
Czasem gdy przysiade chwile spokojnie, gdy pijac kawe podczas wykradzionych, samotnych chwil paru wystawiam twarz do niesmialego slonca, zlatuja sie mysli.
Przysiadaja obok talerzyka z ciastem, wpadaja do filizanki z kawa i chichocac cichutko przeplywaja ja zabka.
Mysli moje zbijaja sie w litery i slowa, a nastepnie zdania, jak czarne kruki, zlatujace sie w jedno miejsce.
Raz skacza chaotycznie, nie pozwalajac mi za nimi nadazyc, sa jak niesforne dzieci taplajace sie w blocie, a innym razem zmeczone i spokojne, jak staruszek po dlugiej i ciezkiej zimie.
Nieraz bardzo chce pisac, ale lazienka sie sama nie wyszoruje, obiad sam nie ugotuje, dzieci same nie uzdrowia.
Czerwony paznokiec dziwnie nie komponuje sie z szorowaniem kafelek, mysle sobie.
Marzenia o egzotycznych wakacjach nie pasuja do zbierania kazdego grosza.
Tanczenie w kiblu i strojenie glupich min do lustra niby nie przystoja matce 35+.
Jednak wszystkie mysli niespisane, podlogi raz poplamione, raz umyte, skryte i jawne marzenia, choroby przemartwione, dni przepchane, powieki o 21szej opadniete, piety szorstkie, sumienie z wyrzutem, sny wolajace mnie morska bryza, Berberomaz doprowadzajacy do szalu, wlos srebrzacy sie spod farby, rechoty do najukochanszych na swiecie osob przez telefon, to wszystko przeciez ja.
Moja rodzina i ja, moje zycie, moje smutki i radosci.
Mysli mnie tworza, wykanczaja, definiuja, pomagaja, utrudniaja.
Mysle wiec jestem
Mysle wiec mnie nie ma
Mysl mnie ukrywa
Mysl mnie oslania
Mysl czlowieku













piątek, 3 lutego 2017

Zima psia mac

W niedziele 2 tygodnie temu mi sie nie chcialo, tak zupelnie w ogole. Nawet myslec o poniedzialku, a na mysl o nim, to az mi sie niedobrze robilo, tak doslownie.
Mialam na niego zaplanowane wyjscie do urzedu, bynajmniej nie dla przyjemnosci, ale dla paszportu.
Skoro sobie ladnie zaplanowalam, to zadzwonili ze szkoly, ze prosze odebrac se Berberowne, bo ona ma taki bol glowy, ze wytrzymac nie moze.
Odebralismy, zaaplikowalam syrop na bolesci, zostawilam z Berberoojcem i oddalilam sie do pracy.
Po robocie zastalam spiaca krolewne, bo tak przekimala 5 godzin.
We wtorek i srode lepiej nie bylo, a nawet duzo gorzej, bo zepsulam sie ja. Wyszlam z lozka, ale nie moglam sie wyprostowac, za grzyba nie. Nawet Berberzaka i siebie wyszykowalam i ludzilam sie, ze poradze, ze yes we can i w ogole sila woli mnie poprowadzi.
Zdanie zmienilam po kilku metrach, ktore w zasadzie przepelzlam.
Lekarza rodzinnego w okolicy nie mialam, ale wyzebralam termin u jednego za winklem, potuptalam, obejrzeli i dostalam tabsy, ktore nic nie daly i masc, ktora tez nic nie dala.
Lezalysmy juz sobie wiec w dwojke plus Berberoojciec wymordowany po nockach.
Pomyslalam, ze termofor mnie uratuje, wiec poczolgalam sie go przygotowac, przylozylam se i cud sie stal, bo jak skoczylam!!! Jednak tylko dlatego, ze przeciekal i poparzyl mi zadek i plecy.
Tu mnie pieklo, tam rabalo, a tu jeszcze Berberowna sie domagala opieki.
Minal piatek, ja wygrzewalam krzyz zwykla butelka z woda, przyszla sobota, poszlismy na szoping, tym razem sila woli sie wyprostowalam.
Bylo juz z gorki, kiedy Berberowna rzekla, ze juz spoko, ale jednak boli ja oko.
Umarlam normalnie i probowalam sobie i jej weprzec, ze to na bank od tej glowy, sniegu jasnego i razacego odbitym sloncem.
W niedziele jednak poszla spac na 2 godziny w dzien, w poniedzialek jakos sie zebrala do szkoly, ja do ortopedy, same prawda przyjemnosci.
U mnie np. w stylu prosze sie rozebrac tylko do majtek, prosze przytrzymac dlonmi kij od mopa i nie, nie te drzwi, tam jakis pan sie przebiera.
Berberowny oko zaczelo w tym czasie w szkole puchnac i za nic mialo nasze wykonczenie psychiczne.
Kopsnelysmy do pediatry, dal krople, zrobil nadzieje, ze to trzask prask i po zapaleniu spojowki.
Oko kroplone, ale coraz wieksze i bol tez.
W nocy jeki, kweki, rano wstala i wygladala jakby ja ktos pobil. Znow lekarz i kolejne krople i antybiotyk. Tym razem chycilo i teraz juz mamy z gorki.
Ja prosze Was dziekuje juz za zime, sezon wirusow i za te cale przyjemnosci, ja sie juz boje bac i rano wstac.
Nawet w sobote nie mam spokoju tylko szkolenie.
Jakos je przezyje, jesli w zamian za to pozostaniemy zdrowi :)


poniedziałek, 23 stycznia 2017

Takie nudne 2 tygodnie

Dawno nie pisalam, bardzo dawno. Pierwszy raz od zalozenia bloga minal miesiac bez conajmniej jednego posta.
Nie znaczy to, ze u nas nic sie nie dzieje, albo dzieje sie zle. To zwyczajnie jakis etap w moim zyciu, faza, w ktorej im wiecej na glowie, tym mniej weny do tego, zeby usiasc i sie rozwinac w opowiadaniu.
Ci, ktorzy nas obserwuja na fb czy instagramie wiedza, ze tam regularnie pojawiaja sie zdjecia i krotsze czy dluzsze opisy naszej rzeczywistosci. Na blogu natomiast przycichlo, dlatego tym bardziej cieszy mnie, ze jednak codziennie widze tutaj ruch.
Ostatnio najwazniejsza rzecza, byl nasz wyjazd do Polski na Swieta. Jest to moment, na ktory wszyscy czekamy, pelzniemy w jego strone resztkami sil, rozjasnia on nam mroki zimowych switow i dodaje otuchy w chorowaniach i slabosciach.
Przygotowujemy sie do niego posrod imprez adwentowych i pieczenia ciasteczek, gdybamy jak bedzie tym razem, przygotowujemy prezenty.
Jechalismy na noc przed Wigilia, bylo to mega stresujace, bo ja wpadlam do domu po robocie i zapinalam na ostatni guzik to, czego Berberomaz nie zdazyl, na autobus lecielismy nerwowym galopem. Wnocy co rusz spogladalam na czerwone cyfry zegara.
A potem byl juz poranek Wigilijny i usciski, lzy, sniadanie z polskim chlebem i roznoszenie prezentow.
Berberomalz zamknal sie w kuchni z Berberobabcia i przygotowali wieczerze, po ktorej z blysczczacymi oczami odpakowywalismy prezenty od Dzieciatka.
Byly kolejne dni pelne opowiesci, ktore nazbieralismy w ciagu calego roku, smiechu, szybkich i wolniejszych plotek przy kawie.
Spotykanie znajomych za rogiem i gadka o wszystkim i niczym, ktorej tutaj tak bardzo mi brakuje.
Byl Sylwester emerytow i budzenie Berberowny o polnocy, w koncu pierwszy raz w zyciu dala rade obejrzec.
Swietowanie jej urodzin z tortem Judo i kreglami tez bylo.
Byly dwa tygodnie, ktore cenie z wiekiem coraz bardziej, bo jestem z bliskimi, bo minal kolejny rok, za ktory moge podziekowac,. Te dwa tygodnie dodaja mi sil w mrozne poranki, gdy czekam na spozniony autobus, gdy zagryzam zeby i odbieram chora Berberowne ze szkoly.
Mysle o nich, kiedy brak mi biegania po rodzinnej miescinie, wyjscia na targ w sobote i mamy oraz przyjaciol.
Przeciez znow beda kolejne Swieta, niby tak samo banalne, ktos rzeklby ze nudne, ale dla mnie wyjatkowe i takie jakie lubie.